menu close menu

Blog

Gazeta Olsztyńska – 24 sierpnia 2015

Alicja Węgorzewska: Wskakuję w sukienkę i staję się Carmen, ona we mnie drzemie

– Człowiek wrażliwy jest zawsze pełen wątpliwości, niepewności i różnych pytań. Nie byłam nadmiernie śmiała albo przebojowa. Gdy byłam dzieckiem, rodzice nie wychowywali w stylu amerykańskim i w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Wprost przeciwnie. Raczej grzeczne dygnięcie i przepraszanie, że się żyje – mówi śpiewaczka operowa, dyrektorka Mazowieckiego Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury.

«Dla ról była bandażowana, oszpecana, kiedyś ścięła włosy. Opowiada nam o tym, co jej dały występy w telewizji i dlaczego nie chciała wstąpić do harcerstwa.

Na początku był szkolny chór, potem ciężka praca i największe światowe sceny operowe. Czy to właśnie było pani marzeniem i celem?

– Od szesnastego roku życia nic się u mnie nie zmienia. Nigdy nie przestałam dążyć do celu. Jest śpiew, śpiew i jeszcze raz śpiew. Pojawiają się nowe gatunki, eksperymenty muzyczne, nowe projekty, rozszerza się repertuar. Ale na pierwszym miejscu zawsze i wszędzie jest u mnie muzyka.

Szkoliła się pani na sopranistkę, a w końcu została niższym mezzosopranem. Nie żałuje pani?

– Nie pozostałabym sopranem. To natura obdarza nas głosem i wybór sposobu śpiewania nie należy tylko do nas. Ważna jest długość strun głosowych, ich grubość. Bywa tak, że ma się bardzo dużą skalę głosu, a nauczyciele śpiewu zalecają „ciągnięcie w górę”, bo to zdrowsze dla głosu. Okazało się, że ja tak naprawdę nigdy sopranem nie byłam. Dowiedziałam się o tym, gdy pojechałam do Sienny do znakomitego tenora i nauczyciela Carla Bergonziego. Był zdziwiony, że śpiewam sopranem. Dawałam sobie radę z wyśpiewywaniem wysokich dźwięków, ale po prostu męczył mi się głos. Sopran to piękny głos. Jest dla niego dużo wspaniałego repertuaru i więcej ciekawszych ról. Ale mezzosopran jest krwisty, z temperamentem. Daje możliwość pokazania charakteru.

Specjalizowała się pani w rolach tzw. spodenkowych, czyli takich, gdy wciela się pani w role młodych mężczyzn. Była pani bandażowana, oszpecana, ścięła nawet włosy. Gdzie jest granica poświęcenia dla roli?

– Pewnego razu moja mama nie poznała mnie na przedstawieniu. Tej granicy nie chciałam przekroczyć. Role męskie są charakterystyczne dla mezzosopranów, ale nie da się ukryć, że w żadnym stopniu nie czuję się mężczyzną (śmiech). Gdy głos dojrzewa i się zmienia, wtedy też częściej wykonuje się partie mezzosopranowe napisane dla kobiet.

Czy pani nieprzeciętna uroda ułatwiała karierę?

– Nie sądzę, żeby to miało w czymś pomóc. Może aktorkom na castingach tak, ale w muzyce ważny jest przebieg nut w czasie. Castingi na wokalistkę są bardzo kliniczne. Wsiada się do samolotu czy pociągu i jedzie na przesłuchanie. Czeka tam na swoją kolej z 50 osób. Jest sala z fortepianem. Wchodzi tam człowiek z ulicy. Nikt nie zwraca szczególnej uwagi na to, czy ktoś wygląda lepiej czy gorzej. Teatr wiąże się z dużą charakteryzacją i kostiumami. Często ludzie, na których w codziennym kontakcie nie zwrócilibyśmy uwagi, potrafią zachwycać na scenie. Chodzi o światło wewnętrzne, charyzmę. Do tego dochodzi świetny makijaż, dobry kostium. To, czy ktoś ma więcej, czy mniej urody, przestaje mieć znaczenie. Najważniejsze jest to, jak śpiewa.

Jak pani wspomina siebie stawiającą pierwsze kroki na scenie?

– Zawsze miałam mnóstwo pytań na temat tego, kiedy będę śpiewała „tak naprawdę”. Zastanawiałam się, czy mi się uda. Człowiek wrażliwy jest zawsze pełen wątpliwości, niepewności i różnych pytań. Nie byłam nadmiernie śmiała albo przebojowa. Gdy byłam dzieckiem, rodzice nie wychowywali w stylu amerykańskim i w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Wprost przeciwnie. Raczej grzeczne dygnięcie i przepraszanie, że się żyje. Tak też wyglądała edukacja w szkołach muzycznych. Dzieci miały być grzeczne i poukładane. Świetnie się wpisywałam w ten schemat. Gdy kobieta, która żyje według zasad ludu cygańskiego, na pewno nie jest lekkoduchem jednak ktoś za bardzo mi zalazł za skórę, potrafiłam być przekorna. Przypomina mi się jedna historia z czasów zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego. W średniej szkole kazano nam zapisywać się do harcerstwa. Powiedziałam, że do żadnego harcerstwa się nie wybieram, bo mam za dużo zajęć. Do tego nie pojawiłam się na pochodzie pierwszomajowym. Pamiętam jak dziś słowa dyrektora: Węgorzewska wstań! Wiesz, że nas z tego rozliczają. Trzy z zachowania! (śmiech). Byłam piątkową uczennicą, a tu nagle trzy!

Nie miała pani czasem dość tych prób, ciężkiej pracy?

– Śpiewacy miewają takie momenty. Przydarzyła mi się kiedyś choroba przed „Bitwą na głosy”. Miałam kontrakt w Niemczech, na który nie pojechałam i nagle zrobiła mi się w kalendarzu trzymiesięczna przerwa. Leżałam w łóżku z bardzo ciężką grypą. Ja nigdy się nie kładę, raczej biorę antybiotyk do torebki i pędzę w miasto załatwiać swoje sprawy. Nie przypominam sobie w moim życiu jakiegoś L4. Wtedy zmogło mnie tak, że nie byłam w stanie wyjść z łóżka, żeby zrobić sobie herbatę. Leżałam w łóżku myśląc o tej przerwie w pracy i o sensie tego zawodu. Wtedy dostałam telefon z kolejną propozycją telewizyjną. Gdybym była w Niemczech, nie doszłoby do tego. Czasem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Która z pani ról wymagała najwięcej wysiłku?

– „Rosenkavalier” Straussa. Cztery godziny po niemiecku i do tego żadnej arii, chociaż to rola tytułowa. Dużo tekstu, bardzo trudne przebiegi metryczne. Gdyby dyrygent się pomylił, bardzo łatwo byłoby się rozjechać. Jakby tego było mało, kilkanaście razy musiałam się przebierać. Zaczynałam jako facet, potem przebierałam się za kobietę, wracałam do roli mężczyzny, znowu byłam kobietą… i tak w kółko. Z wielką pokorą podchodziłam do partytury. Gdy ktoś podrzucał mi jedno słowo z tej sztuki, bezbłędnie potrafiłam je po chwili znaleźć. To była rola wymagająca i do tego bardzo niewdzięczna.

Bliska pani sercu jest rola Carmen?

– I tak, i nie. Ogromne wrażenie wywarły na mnie też inne opery „Gwałt na Lukrecji”, „Cavalleria rusticana” Mascagniego. Rzeczywiście, można powiedzieć, że Carmen we mnie drzemie. Ona jest wierna sobie. To nie jest ot taka zwykła Cyganka. To kobieta, która żyje według zasad ludu cygańskiego, na pewno nie jest lekkoduchem.

Ale też nie ma litości. Uwodzi i porzuca.

– E tam, od razu porzuca. Facet byl beznadziejny, więc zakochała się w takim, który spełnia jej oczekiwania. Ciekawe jest to, że jej twórca, Bizet, umarł kilka miesięcy po premierze sztuki. Krytycy bardzo go skrytykowali. Dziś Carmen jest najbardziej znaną i najchętniej oglądaną przez publiczność operą. Kolejnym powodem, dla którego ta rola trochę do mnie przylgnęła jest to, że brunetka dobrze pasuje do tej roli. Nie trzeba mnie specjalnie charakteryzować, bandażować. Wskakuję w sukienkę i staję się Carmen (śmiech).

Jak można uwieść Alicję Węgorzewską?

– Bardzo lubię inteligentnych, oczytanych ludzi. Takich, z którymi można usiąść przy stole i porozmawiać o sztuce, dobrej książce czy ostatnich wydarzeniach teatralnych. Mam wspaniałych przyjaciół, z którymi spędzam czas i o dziwo nie są to muzycy, ale przedstawiciele różnych humanistycznych zawodów. Zycie prywatne oddzielam od życia zawodowego.

Jako artystce łatwiej czy trudniej funkcjonować w świecie?

– Artysta musi mieć ogromną wrażliwość, by mógł kreować, wzruszać i porywać. Powinien umieć sprawić, żeby publiczność poczuła się specjalna. Cały czas dostrzegam piękno wokół. Nawet teraz, siedzę na tarasie i widzę przepiękne kwiaty białego hibiskusa w wazonie. Zachwycają mnie proste rzeczy.

Ciągle wchodzi pani w nowe role. I to nie tylko na scenie, ale i w życiu zawodowym.

– Skończyłam zarządzanie kulturą i od 1 kwietnia jestem dyrektorem Mazowieckiego Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury. Śpiewaczka na stanowisku dyrektorskim. To już coś! (śmiech)

Flirt z telewizją już się nie powtórzy?

– To był fajny flirt. Mogę teraz korzystać z kontaktów w mediach, chociażby po to, aby promować fantastyczną młodzież, która kończy studia. Nie należy pozwalać takim osobom uciekać z kraju. Widzę tutaj pole do działania. To może przysłużyć się też do promowania kultury, jak by nie było, wysokiej. Jestem za tym, żebyśmy cenili starszych twórców, ale młodym należy podawać rękę.

Jaka jest pani w życiu codziennym?

– Myślę, że jestem osobą pogodną, a do tego uważną. Wymagam dużo od siebie przede wszystkim. Jeśli się w coś angażuję, robię to całą sobą. W momencie, gdy dla sprawy daję swoją energię, wymagam też trochę dynamizmu i atencji od innych ludzi. Nie lubię bylejakości, nie toleruję robienia niczego po łebkach. Sztuka wymaga troski.

Co dziś pokaże pani olsztyńskiej publiczności?

– Bardzo mnie cieszy spotkanie z olsztyńską publicznością, bo pamiętam gdy byłam z „Divą for rent” w filharmonii, dostałam owacje na stojąco. Przejdziemy z dyrektorem Sułkowskim przez obszerny repertuar. To będzie kilkanaście utworów, czyli spory recital. Będą to arie operowe, operetkowe, utwory musicalowe i z mojej ostatniej płyty „I colori dell’amore”. Będzie się działo.

***

Alicja Węgorzewska-Whiskerd – śpiewaczka, mezzosopran, urodzona w Szczecinie. Absolwentka klasy fortepianu Liceum Muzycznego w Szczecinie i Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Warszawie. Debiutowała na scenie wiedeńskiej Kammeroper w operze „Die Pilger von Mekka” Glucka. Następnie otrzymała angaż w Neue Oper Wien, a także w Theater an der Wien, gdzie na zaproszenie sekretarza generalnego ONZ Kofi Annana wystąpiła obok takich gwiazd jak Fio-renza Cossotto i Grace Bumbry w koncercie z okazji narodzi 6-miliardowego obywatela Ziemi. Wystąpiła jako gość w wielu programach telewizyjnych jak „Śpiewające fortepiany”, „Jaka to melodia”, „Kocham Cią Polsko”, „Familiada”, przeznaczając wygrane fundusze na cel charytatywny. W 2011 roku zadebiutowała jako producentka teatralna i aktorka dramatyczna w monodramie operowym „Diva for rent” w reż. Jerzego Bończaka. Od 1 kwietnia 2015 dyrektor w Mazowieckim Teatrze Muzycznym im. Jana Kiepury. Ma w dorobku artystycznym znaczące role mezzosopranowe m.in. w „Damie Pikowej”, „Carmen”, „Gwałcie na Lukrecji”. Za monodram i debiut telewizyjny otrzymała nominacje, do nagrody Róże Gali, a także nominację do nagrody Telekamery za jurorowanie w „Bitwie na głosy”. Pełniła rolę ambasadora i współgospodarza 46 Festiwalu im. J. Kiepury w Krynicy-Zdroju. W 2013 pełniła funkcję dyrektora artystycznego 47 Festiwalu im. J. Kiepury w Krynicy-Zdroju. Wzięła udział w nagraniu hymnu na rzecz dzieci z autyzmem z gwiazdami światowego hip-hopu, takimi jak: Snoop Dog, Kurtis Blow, Curtis Young. W 2014 roku nagrała płytę w języku włoskim „I colori delLamore”.»

Możliwość komentowania Gazeta Olsztyńska – 24 sierpnia 2015 została wyłączona