menu close menu

Blog

Alicja Węgorzewska: Libretta to totalne pasztety – 15 października 2012

Źródło

– Śni pani czasami, że traci głos?
– To czarny sen każdego śpiewaka. Jeśli tego dnia mam przedstawienie, to po przebudzeniu od razu sprawdzam, co tam słychać w gardle. Miałam też inne koszmarne sny – że spadam ze sceny. Robię krok i osuwam się w otchłań. I to mi się sprawdziło na żywo, podczas koncertu sylwestrowego w Warszawie. Nagle pod stopami pojawiła się czarna dziura. Myślę jednak, że publiczność uznała moje zniknięcie za zamierzone, tym bardziej, że nie przerwałam śpiewu. A wracając do zawodowego koszmaru numer jeden. Największa śpiewaczka świata, Maria Callas, kiedy straciła głos, całkowicie przestała kontrolować swoje życie, skończyła w obłędzie, zamykając się przed światem. Jej poczucie własnej wartości bazowało tylko na posiadaniu głosu. Kiedy odmówił jej posłuszeństwa, uznała, że jest nikim. Dlatego ja robię wiele innych rzeczy w życiu, żeby głos nie był jedynym wyznacznikiem tego, kim jestem.

– W 1987 roku została pani wicemiss Wybrzeża.
– Na konkurs wysłała mnie moja pani od śpiewu na uczelni. Powiedziała, że jestem taka ładna, że powinnam iść. Okazało się, że to świetny sposób, by zapracować na dalsze studia. Wtedy utrzymywała mnie mama, która pracowała na dwóch etatach. W tamtych czasach misski dostawały magnetowid, telewizor, albo futro. To było coś! Ja dostałam wycieczkę na Węgry, która zresztą nigdy się nie odbyła. Pojechałam na Węgry dużo później, nagrać płytę chopinowską. Kiedy zdobyłam to drugie miejsce, zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Nie musiałam się zastanawiać, z czego będę żyła w wakacje – myjąc statki czy stojąc na zmywaku, tylko chodziłam jako modelka na Jarmarku Dominikańskim, albo nagrywałam pierwsze reklamówki w telewizji gdańskiej. Zarabiałam pieniądze, pomogłam mamie wykupić mieszkanie ze spółdzielni. Przez rok pracowałam też w telewizji, ale zrezygnowałam z tego, bo to zabierało mi zbyt dużo czasu, a ja chciałam śpiewać. Marzyłam o wielkich rolach operowych.

– Tych ról jest w pani repertuarze kilkanaście, ale nie jest pani artystką, która trzyma się tylko wielkiej sceny i muzyki poważnej.
– Przypadek zrządził, że zaczęto mnie zapraszać do takich programów jak „Śpiewające fortepiany”, „Jaka to melodia”. To były najczęściej odcinki charytatywne, do których zapraszano artystów z różnych dziedzin. Zauważyłam, że to jest nośne, że publiczność oczekuje, by śpiewak zszedł z piedestału i nie był takim koturnowym, pomnikowym artystą. Zresztą Trzej Tenorzy zrobili to już dawno. A jeszcze wcześniej Jan Kiepura – śpiewał stojąc na samochodzie, balkonie, występował w filmach. Czyż nie był celebrytą w najlepszym tego słowa znaczeniu?

czytaj dalej

reklama

– Pani stała się celebrytką przede wszystkim jako jurorka w „Bitwie na głosy”. To też był przypadek?
– To był palec Boży. W tym samym czasie miałam kontrakt w Niemczech na występ operowy i nagle w połowie stycznia, gdy zaczynały się próby, dostałam bardzo silnej grypy. 40 stopni gorączki, nawet nie mogłam zejść z piętra do kuchni na parterze, by zrobić sobie herbatę. Trzymało mnie prawie trzy tygodnie. Wówczas zadzwoniono do mnie z telewizji z zaproszeniem na zdjęcia próbne do nowego programu. Ponieważ niemiecki kontrakt już mi uciekł i w kalendarzu miałam 3-miesięczną lukę, poszłam na te zdjęcia. Zaraz potem poleciałam z córką na zimowe wakacje do Kenii i nagle znów telefon z telewizji, że jestem w programie. Musiałam skrócić pobyt w Kenii i tak zaczęła się moja przygoda z „Bitwą”.

– Skład jurorski często się zmienia, a pani wciąż „walczy”.
– To wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe zadanie. Nikt nam nie pisze tekstów. W innych programach tego typu zdarza się, że wypowiedzi jurorów są nagrywane i montowane. Łatwo jest wówczas wypaść błyskotliwie. A w „Bitwie” śpiewa się na żywo i ocenia na żywo. Zapala się czerwona lampka i natychmiast trzeba coś sensownego powiedzieć. Nie każdy dobrze sobie z tym radzi, nawet jeśli jest fachowcem.

– A jak środowisko operowe traktuje pani nieoperowe występy?
– Pół na pół. Jedni koledzy piszą na Facebooku albo wysyłają esemesy: „Jak fajnie, że jesteś w telewizji”. „Ludzie mogą zobaczyć, że śpiewak to też normalny człowiek, że mówi ludzkim głosem”. „Robisz kawał fajnej roboty”. Ale druga połowa środowiska wyklęła mnie, jako chałturnicę. Tę, która się sprzeniewierzyła wielkiej sztuce, jest w mediach, zdradziła operę, a w monodramie „Diva for rent” wręcz się z niej wyśmiewa.

– A wyśmiewa się pani?
– Jestem daleka od tego, by wyśmiewać się z własnego zawodu. Raczej ironizuję na jego temat, pokazując, gdzie w operze są słabości.

– Na przykład?
– Libretta to totalne pasztety. Intrygi są tak nieprawdopodobne, że lepiej ich nie znać. Śmieszy mnie też dykcja wielu śpiewaków, taka produkcja dźwięków i napawanie się własnym głosem, że niezależnie od tego, czy śpiewają po polsku czy w obcym języku, słuchaczowi i tak by się przydały napisy. Śmieszne w operze jest też to, że kobiety – mezzosoprany – śpiewają męskie role.

– A tu już się pani śmieje z samej siebie, bo jak można przeczytać w Wikipedii, pani specjalnością są „role spodenkowe”. Zastanawiam się tylko, jak można z pani zrobić istotę bez biustu.
– Mnie jak mnie, ale proszę sobie wyobrazić Ewę Podleś! Mezzosoprany mocno obwiązuje się taśmami, bandażem i po prostu spłaszcza. Potem głowa. Najpierw mi zaklejano własne włosy lateksowym czepkiem, a na to się wkładało męską perukę, czasem nawet z lekką łysinką. Zrobiłam to w „Fauście” Gounoda w Operze Narodowej. Na widowni siedziała moja mama i mąż. „A kiedy Ala będzie śpiewać?” – zapytała mama. Na to mój mąż: „Już śpiewała!”. Uznałam więc, że czas skończyć z rolami spodenkowymi. Wpis w Wikipedii można zmienić. Wykpiwając śmieszności opery, jednocześnie pokazuję, że jest ona wciąż bardzo interesująca. To synteza wszystkich sztuk. Tam jest i orkiestra symfoniczna, śpiew ansamblowy i chór, balet i taniec nowoczesny, piękne kostiumy, scenografia i choreografia. Jestem zakochana w teatrze operowym.

– Pamiętam swoją pierwszą w życiu operę. Moniuszko. Halka była w wieku mojej babci i okropnie gruba. Chucherka w tym zawodzie to wciąż rzadkość?
– Ja też mała nie jestem. Wymóg dzisiejszych czasów i MTV sprawia jednak, że dyrektorzy potrafią do kontraktu wpisywać warunek: schudnąć 10 kilogramów. Parę lat temu głośna była historia słynnej amerykańskiej śpiewaczki wagnerowskiej, Deborah Voigt, którą pozbawiono roli w Covent Garden z powodu nadmiernej otyłości. Dyrektor wręczył jej sukienkę „małą czarną” i powiedział: „Jak pani w nią wejdzie, to wróci pani na scenę”. I ona to zrobiła. Bo widzi pani, tłuszcz generalnie nie rezonuje. Kiedyś, będąc początkującą śpiewaczką, spotkałam w Wiedniu Placido Domingo. Pytam: „Maestro, czy to jest tak, że jak będę trochę większa, jak się rozrosnę, to będę też miała większy głos i będę śpiewać wielkie partie?”. A on na to: „Ja niestety przytyłem, teraz skraca mi się oddech i dostaję zadyszki”. Nadmiar tłuszczu oznacza tylko jedno – że człowiek się zapuścił.

– Pani sporo schudła.
– Dziesięć kilogramów, ale to było jakiś czas temu i znowu mam dwadzieścia przed sobą. Zobaczy pani za trzy miesiące. Już się spotkałam z Konradem Gacą, który odchudził Dankę Błażejczyk o 32 kg, a Iwonę Pawlovic o 20. Gaca odchudza bardzo skutecznie, jednocześnie regulując organizm i włączając do diety trening kardio.

– Jakiś dyrektor wpisał to pani w kontrakcie?
– Nie, nagrywam płytę i chcę ją dobrze wypromować, więc muszę schudnąć. Przede wszystkim robię to jednak dla siebie, by lepiej poczuć się jako kobieta. W tym roku nie miałam wakacji. Całe lato byłam w roz­jazdach, a jadanie w restauracjach hotelowych, na mieście, bądź na stacjach benzynowych kończy się tak, że człowiek traci kontrolę nad wagą. Jak mi cukier spada, to rzucam się na 15 minut na tzw. power sleep, a potem wstaję, piję coca-colę albo red bulla i zagryzam czekoladą. To ma dramaty­cznie niedobre konsekwencje.

– W ubiegłym roku startowała pani w wyborach do Sejmu z listy PSL. Naprawdę chciała pani zostać politykiem?
– Polityka w ogóle mnie nie interesuje, natomiast na sercu leży mi sprawa edukacji w Polsce. Bardzo mi się nie podobały reformy Katarzyny Hall i na to chciałam zwrócić uwagę. Platforma Obywatelska nie pozwoliłaby mi na krytykowanie własnego ministra. Spotkałam się z premierem Pawlakiem i on dał mi zielone światło. Do PSL nie musiałam się zapisywać.

– Żałuje pani, że się nie powiodło?
– Swoje i tak robię. Jestem prezesem fundacji Start­Smart. Moim planem i ambicją jest wykreowanie takiego środowiska kształcenia dzieci, które pozwoli na rozwój ich pasji oraz zapewni edukację kształtującą ludzi otwartych na świat. Utworzyłam niepubliczne przedszkole , teraz buduję opartą na standardach międzynarodowych szkołę podstawową i muzyczną. Do tego projektu zainspirowała mnie moja córka, Amelka.

– Diva i przedszkole?
– Określenie „diva” bardziej teraz pasuje do Dody czy Edyty Górniak. Współczesne śpiewaczki mają dużo gorsze życie niż piosenkarki, wokół których kręcą się całe zastępy ludzi, gotowych na każde skinienie i spełnienie każdego kaprysu. A ja biorę w podróż jedną walizkę i sama ją ciągnę. Wsiadam do samochodu i sama jadę kilkaset kilometrów na koncert. Zasuwam od rana do nocy, nie wiem, co to jest spanie do południa. Fochów też nie mam, ale mam nerwy, którym daję upust, gdy ktoś z moich pracowników nie wykonuje swoich obowiązków. W moim przedszkolu trzy razy zwalniałam ekipę, dopóki nie zebrałam takiej, która jest zgrana i pracuje na wspólny sukces.

– A na jaki sukces pani teraz pracuje?
– Nagrywam płytę dla „Sony” z materiałem przygotowanym specjalnie dla mnie. A w następnym roku mam nadzieję, że nagram płytę, o jakiej marzy każda śpiewaczka, czyli „the best of opera arias”. Głos mam teraz w bardzo fajnym stadium. Już dojrzał, a jeszcze się nie zestarzał. Chcę to jak najlepiej wykorzystać. Mam wiele koleżanek, które już nie śpiewają, bo nie umiały gospodarować tym kapitałem. Cóż, to bardzo kapryśny instrument.

– Nic dziwnego, że sprawdza pani rano, jak on brzmi. Dziękuję za rozmowę.

 

Możliwość komentowania Alicja Węgorzewska: Libretta to totalne pasztety – 15 października 2012 została wyłączona